Marzenia rajdami wytoczone

Witold Witkowski całe życie pasjonował się samochodami. Już w szkole średniej otrzymał od ojca "malucha", któremu własnoręcznie wykonany lifting nadał bardzo bojowy wygląd. Miał przez niego sporo kłopotów. W tym czasie bowiem przed szkołą parkowały tylko dwa auta: pierwszy, "Syrenka" dyrektora i drugi, jego "maluch".

Z samochodami stykał się od "zawsze". Jak tylko sięga pamięcią, ojciec zawsze posiadał jakieś auto, co stanowiło szczególny powód do dumy syna. Tak to mu imponowało, że każdego dnia czekał na powrót ojca z pracy. Jednak nie przed domem, ale około 300 metrów wcześniej.

- Tata zatrzymywał się, sadzał mnie na kolanach, a ja kładłem dłonie na kierownicy i tak podjeżdżaliśmy pod dom. Byłem wówczas szczęśliwy tak bardzo, że trudno to uczucie porównać do czegokolwiek. Ojciec zresztą, gdy podrosłem, powtarzał swoim znajomym, że każdy młody człowiek powinien stosunkowo wcześnie zetknąć się z motoryzacją. Po to choćby, by później nie szalał na ulicach.